Terapia jako miejsce gdzie można powiedzieć co mi w duszy gra
W gabinecie terapeutycznym bardzo często pojawiają się historie o trudnych doświadczeniach: o zaniedbaniu, niesprawiedliwości, bolesnych relacjach, które zostawiły ślad. To naturalne — terapia jest przecież miejscem, gdzie można to w końcu wypowiedzieć.
Ale jest moment, w którym samo opowiadanie przestaje być pomocne. Nie dlatego, że temat jest „zły” czy „za mało ważny”. Tylko dlatego, że sposób, w jaki o nim mówimy, zaczyna nas zatrzymywać zamiast poruszać.
Jednym z takich sposobów jest wejście w rolę ofiary.
Nie chodzi o to, że ktoś „udaje” albo że jego cierpienie nie jest prawdziwe. Wręcz przeciwnie — często stoi za tym realny ból. Rola ofiary to nie jest kłamstwo. To jest sposób radzenia sobie, który kiedyś mógł mieć sens.
Problem pojawia się wtedy, gdy staje się jedynym dostępnym sposobem bycia ze sobą i z innymi.
Jak wygląda rola ofiary w terapii?
Czasem bardzo subtelnie. Może przyjmować formę:
– długiego, nieprzerwanego mówienia bez miejsca na dialog
– skupienia na tym, „co mi się przydarzyło”, bez przechodzenia do „co mogę z tym zrobić”
– poczucia, że zmiana jest niemożliwa („taki już jestem”, „za późno”)
– szukania ulgi głównie w pocieszeniu, a nie w rozumieniu czy działaniu
W takich momentach terapia zaczyna przypominać bardziej „zrzucanie ciężaru” niż wspólną pracę. Przynosi chwilową ulgę — bo ktoś słucha, bo można się wygadać — ale nie prowadzi do realnej zmiany.
Dlaczego to się dzieje?
Bo rola ofiary coś daje.
Daje uwagę, której często wcześniej brakowało.
Daje poczucie bycia widzianym bez konieczności angażowania się w innych.
Daje usprawiedliwienie dla bezradności („mam prawo nic nie robić, skoro tyle mnie spotkało”).
To są ważne potrzeby: bycie zauważonym, potraktowanym z troską, odciążonym.
Tyle że sposób ich zaspokajania ma znaczenie.
Jeśli jedyną drogą do bliskości jest cierpienie, to — często nieświadomie — będziemy to cierpienie podtrzymywać.
Gdzie jest punkt zwrotny?
Nie w tym, żeby przestać mówić o bólu.
Punkt zwrotny pojawia się wtedy, gdy zaczynamy zauważać:
– co robię ze swoją historią tu i teraz
– jak używam jej w relacji (np. czy pozwalam sobie tylko na bycie „tym, komu jest źle”)
– czy dopuszczam możliwość wpływu, choćby małego
To moment przejścia od:
„to mi się przydarzyło”
do:
„to mi się przydarzyło — i co ja z tym dalej robię?”
To nie jest proste. Czasem wiąże się z utratą czegoś ważnego: np. sposobu na uzyskiwanie uwagi czy poczucia bezpieczeństwa. Dlatego opór wobec tej zmiany jest czymś naturalnym.
Rola terapeuty — i pacjenta
W takiej sytuacji zadaniem terapeuty nie jest ani bez końca pocieszać, ani brutalnie „wyciągać” pacjenta z roli ofiary. Raczej pomagać zobaczyć ten mechanizm i stopniowo poszerzać przestrzeń wyboru.
Z kolei dla pacjenta ważne jest coś, co brzmi prosto, ale w praktyce bywa wymagające:
gotowość, żeby zobaczyć nie tylko swoją krzywdę, ale też własny sposób reagowania na nią.
Na koniec
Bycie w roli ofiary nie jest „błędem charakteru”. To raczej ślad po doświadczeniach, w których ktoś naprawdę nie miał wpływu.
Terapia daje szansę, żeby ten wpływ odzyskiwać — krok po kroku.
Nie przez zaprzeczanie temu, co było trudne.
Ale przez to, że to, co trudne, przestaje być jedyną możliwą opowieścią o sobie, bo pojawia się opowieść o odzyskiwaniu sprawczości.